sobota, 27 października 2012

Złote Globy cz. 3



Pora na trzecią odsłonę wręczenia Złotych Globów. Nagrody robią się coraz bardziej prestiżowe, ale to jeszcze nie ostatni odcinek. Zatem do dzieła!

Pora na zapadające w pamięć noclegownie. Kiedy po całym dniu odkrywania świata zmęczeni i spragnieni snu wracaliśmy do naszych pokoi, czasem nie dane nam było odpocząć, wręcz przeciwnie,  przychodziła wtedy pora na walkę z robactwem, grzybem czy odruchem wymiotnym. W kategorii NAJGORSZY NOCLEG nominowani zostali…

E.T. Hotel (Mandalay)
To był pierwszy z hoteli z piekła rodem. Po zameldowaniu w E.T. Hotel wiedzieliśmy, że nasze życie już nigdy nie będzie takie samo. Nasz pokój i tak był znośny, choć grzyba na ścianach było więcej niż w świątecznym bigosie. Pokój Dżaworów i Tiny dodatkowo miał okna wychodzące na przerwę między budynkami, którą płynął ściek. Prawdziwy kosmos!

Strawberry Hometel (Manila)
Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, podróżując do dużego miasta rezerwowaliśmy noclegi z wyprzedzeniem. Tak było i w przypadku Manili, gdzie na pierwszy nocleg po przylocie zarezerwowaliśmy Strawberry Hometel, miejsce niedrogie, z przyzwoitymi ocenami gości. Tuż po przyjeździe w recepcji powitała nas obsługa hostelu (w zasadzie hometelu, ale nie wiem co to dokładnie oznacza) oraz karaluchy spadające z sufitu. Karaluchy następnie przyniosły nam ręczniki do pokoju i zostały na noc. W Strawberry zaliczyliśmy drugi poważny kryzys tego wyjazdu.

Bungalow w Sabang
W miejscowości Sabang mieszkaliśmy w uroczym bungalow w dżungli. A z nami w bungalow mieszkały wielkie karaluchy, które udawały że ich nie ma, chowając się za szamponem, za umywalką czy za czymkolwiek, co dawało trochę cienia. A w nocy cykały cykady, żebyśmy czasem nie zapomnieli, że wszędzie są owady.

Green Mango (Manila)
Pomni doświadczeń z Strawberry, na drugi nocleg w Manili zdecydowaliśmy się wybrać hostel nieco droższy i nawet polecony jako „znośny” przez naszych byłych już wtedy współtowarzyszy, którzy spali w Green Mango tydzień przed nami. Kiedy obsługa powitała nas piwem, uznaliśmy, że dobrze trafiliśmy. Kiedy weszliśmy do pokoju o wymiarach dwa na półtora, bez okien i z niedziałającą klimatyzacją, uznaliśmy, że może pokój ciasny, ale za to przyjemna obsługa. Kiedy natomiast w nocy co pół godziny budził nas przeraźliwy odgłos dzwonka do drzwi, który niósł się po całym hostelu, doszliśmy do wniosku, że obsługa może daje piwo, ale i tak byśmy ich zamordowali, gdyby nadarzyła się sposobność. 

Hotel International (Alajuela)
Przyjeżdżając do więzienia (o czym podczas następnego odcinka), spodziewasz się, że trafisz do celi. Sądzimy jednak, że nawet w Ameryce Środkowej znalazłyby się cele przyjemniejsze niż ta, w której spaliśmy w International Hotel w Alajueli. Mały, ciasny, śmierdzący, brzydki, zagrzybiały. Pokój był co prawda z toaletą, ale w połączeniu z faktem nie posiadania przez toaletę drzwi, trudno nazwać to zaletą. Co prawda nie było drzwi w toalecie, ale za to była kablówka ;-) 

A najgorszym z najgorszych miejsc w jakich spaliśmy zostaje..

Hotel International  w Alajueli!

Tak musi wyglądać więzienie o zaostrzonym rygorze!


A teraz dla kontrastu miejsca, gdzie spało nam się jak w domu, a czasem nawet lepiej.. No lepiej może nie :-) Nominowani w kategorii NAJLEPSZY NOCLEG zostali…

Sunny Day Hotel (Nha Trang)
Pokój taki jak mieliśmy w Sunny Day, w Polsce kosztowałby 250 złotych za nocleg, a w Paryżu pewnie 250 EURO. W Nha Trang zapłaciliśmy 10 dolarów. Wygodne, duże łóżko, kablówka, darmowe wi-fi, elegancka i nowoczesna łazienka i działająca klimatyzacja. A wszystko 100 metrów od plaży. Szokująco dobra jakość!

La Villada Inn (Oaxaca)
Hostel La Villada Inn cenimy za to, że był czysty, ładny, przyjemny, wygodny i z widokiem, czyli posiadał wszystkie cechy potrzebne dobrym noclegowniom. Ale na nominację zasłużył przede wszystkim za znakomitą obsługę. La Villada Inn jest bowiem prowadzony przez przesympatyczną rodzinę, która oprócz tego, że gotuje najlepsze śniadania na kontynencie, to jeszcze pomogła nam bardzo w załatwieniu spraw z policją, po tym jak ukradziono nam telefon – syn właścicieli przetłumaczył nasze zeznania na hiszpański i zawiózł M. swoim motocyklem na komisariat, gdzie wymusił od leniwych policjantów przyjęcie zawiadomienia, które potrzebowaliśmy do ubezpieczenia (inna sprawa, że ubezpieczyciel i tak znalazł odpowiedni kruczek i nas wydymał…). A ostatniego dnia, kiedy okazało się że nie wypłaciliśmy gotówki, tym razem B. miał okazję przejechać się na motorze z drugim synem właściciela.

Tower Bridge Backpackers (Puerto Escondido)
Puerto Escondido to nadmorska miejscowość pełna surferów. Jest w niej również hostel Tower Bridge Backpackers, w którym zamiast pokoju dostaliśmy… mieszkanie. Mieszkanie miało sypialnię, salon, kuchnię i łazienkę, a także hamak na tarasie. I jeśli dodać do tego bardzo niską cenę (połowa tego co płaciliśmy zazwyczaj w Meksyku) i bardzo miłą obsługę (Amerykanie wiodący życie po życiu), Tower Bridge Backpackers w pełni zasłużył na nominację.

3&B Chic and Cheap (Playa del Carmen)
Wygodny, nowoczesny, przyjemny, estetyczny. Hostele w Meksyku ogólnie stoją na wysokim poziomie, jednak Chic and Cheap w Playa del Carmen był wyjątkowo atrakcyjny. Do tego stopnia, że na pokój poczekaliśmy jeden dzień, nocując w innym miejscu, a rano skoro świt zrywając się z łóżka i czatując aż pokój się zwolni (nie ufaliśmy rezerwacjom na tyle, żeby ryzykować). Udało się i dzięki temu po dniu na fantastycznej plaży wracaliśmy do świetnego pokoju i naprawdę odpoczęliśmy w Playa del Carmen.

Gościniec u Niemca (Puerto Viejo de Talamanca)
Good things come to those who wait głosi stare porzekadło i faktycznie tak stało się w Puerto Viejo. B. razem z Drew szukali noclegu w tej nadmorskiej miejscowości przez bite trzy godziny. Ponieważ mieliśmy tam spędzić cały tydzień, to wybór noclegowni wydawał się być kluczowy. I kiedy po trzech godzinach i odwiedzeniu ok. trzydziestu różnej maści noclegowni udało im się znaleźć bardzo dobry hostel, B. wypatrzył jeszcze jedną uliczkę odchodzącą od głównej drogi. Nie dał się zniechęcić Drew, który miał już dość poszukiwań i tak trafił do Niemca. Co prawda właściciel miał dopiero rozpocząć sezon, ale ponieważ zostawaliśmy na tydzień, zgodził się nas przyjąć. Dzięki temu mieliśmy dla siebie trzy pokoje oraz centralnie położony ganek pod drzewem. Właściciel udostępnił nam także swoją lodówkę i dzięki temu spędziliśmy tam bardzo udany i imprezowy tydzień :-) Nazwy miejsca nie pamiętamy, tak udane były imprezy ;-)

Hostal Chasqui (Otavalo)
Nie sądziliśmy, że w Otavalo zostaniemy aż tydzień, ale rozłożyła nas choroba. Nie przeszkadzało nam to jednak zbytnio, gdyż mieliśmy swój pokoik w Hostal Chasqui, prowadzonym przez przeuroczych Roberto i Miltona Hostel miał wszystko co potrzeba a dodatkowo sporą kolekcję DVD, które można było pożyczyć i obejrzeć w pokoju, dużą kuchnię, wi-fi w pokoju oraz darmową pralnię :-) A na dodatek otrzymaliśmy pełny zestaw informacji na temat lokalnych atrakcji oraz osobiste pokazanie najciekawszych miejsc z hotelowego tarasu, z którego roztaczał się widok na miasto i otaczające góry.

A najlepszym z najlepszych naszych noclegów zostaje…

La Villada Inn w Oaxace!

Spaliśmy w wielu ładnych, wygodnych i przytulnych miejscach, ale La Villada prowadzona jest przez najmilszą obsługę na świecie!


Jednym z najciekawszych elementów podróży było poznawanie przyrody, a już szczególnie interesujące – obserwowanie egzotycznych gatunków zwierząt. Zobaczmy które z nich zasłużyło na miano NAJFAJNIEJSZEGO ZWIERZA:

Leniwiec zwany Manuel Antonio
Kto nie widział leniwca na żywo, ten nie zrozumie uroku tego zwierzęcia. Leniwiec całkowicie obezwładnia gracją swoich powolnych ruchów. Przemieszczający się z miejsca na miejsce leniwiec osiąga prędkość maksymalną do dwóch kilometrów na godzinę. Oprócz tego ma przesympatyczny ryjek i szelmowski uśmiech ;-)


Wojowniczy żółw z Tortugero
Choć żółwi widzieliśmy więcej, to na nominację zasłużył ten z Tortugero. W końcu szukaliśmy go przez ponad trzy godziny, łażąc po omacku po plaży! A kiedy już go, a w zasadzie ją, znaleźliśmy, pozwoliła nam popatrzeć jak składa jaja w wykopanym przez siebie gnieździe. Wyglądało to trochę jakby Volkswagen Garbus składał małe volkswageniki…

Słodkouchy Lew Morski
Lew morski na nominację zasłużyłby już za sam wygląd, którym przypomina małego pieska oraz za najsłodsze na świecie ucho. Ale to, co czyni lwa morskiego absolutnie niepowtarzalnym zwierzęciem, jest to jak zachowuje się w wodzie. Pływanie z lwami morskimi, które robią sobie z ciebie jaja, a to strasząc Cię nadpływając z ogromną prędkością i skręcając w ostatniej chwili przed kolizją, a to znów kręcąc się wokół Ciebie i podgryzając Twoje płetwy, to doświadczenie, którego nie zapomnimy do końca życia i które koniecznie chcemy jeszcze kiedyś powtórzyć.

Cycuch Niebieskostopy
Na Galapagos oprócz lwów morskich jedno zwierze zwróciło naszą szczególną uwagę. Bloo-footed boobie, czyli po polsku głuptak niebieski lub cycuch niebieskostopy, jak my lubimy go nazywać, to najzabawniejszy zalotnik jakiego widzieliśmy. Taniec godowy cycucha polega na człapaniu wokół parterki i prezentowaniu jej swoich niebieskich stóp. Im stopy bardziej niebieskie, tym większa szansa na szczęśliwe cycuchowe małżeństwo. No i oprócz stóp, cały cycuch prezentuje się całkiem atrakcyjnie.

Alpako-Lamo-kosiarka z Machu Picchu
Czym się różni lama od alpaki, do dziś nie spytaliśmy, wiemy za to, że lama/alpaka przeżuwająca trawę na peruwiańskim stoku Machu Picchu to jeden z najfajniejszych widoków, jakie zapamiętamy z podróży. 

A zwycięzcą w kategorii najfajniejsze zwierze, bezapelacyjnym, bezkonkurencyjnym i absolutnym zwycięzcą zostaje:

Słodkouchy Lew Morski! 

Gdybyśmy mieli wannę, to byśmy sobie takiego sprawili. Komiczny na brzegu, niesamowicie sprawny w wodzie. Lewkom morskim obiecujemy, że jeszcze kiedyś do nich przyjedziemy!


Choć nie był to cel priorytetowy, to jakoś tak się złożyło, że po drodze trochę poplażowaliśmy ;-) Zobaczmy które z plaż zasłużyły na nominację w kategorii NAJLEPSZA PLAŻA

Górzysta plaża Las Cabanas (El Nido, Filipiny)
To była pierwsza taka plaża, którą zobaczyliśmy. Taka, to znaczy taka jak z folderu turystycznego. Piękny piaszczysty piasek, palmy na brzegu, płytka lazurowa woda, a w tle formacje skaliste. Zostaliśmy cały dzień, tylko po to, żeby Las Cabanas przywaliła nam nokautującym ciosem z zachodu słońca. 

Śnieżnobiała Playa del Carmen (Meksyk)
Kiedy po trzech tygodniach zmagania się z Majowymi ruinami Meksyku w końcu przyszedł czas, żeby trochę odpocząć, wylądowaliśmy na plaży w Playa del Carmen. Pal licho amerykańskie turystki w wieku przedemerytalnym pijące tequilę z meksykańskimi kelnerami. Piasek w Playa del Carmen był jak mąka, woda turkusowa jak – znów  - w folderze biura podróży, a zimna Corona w promocji po dolara za butelkę. Piękne miejsce, nie dziwimy się kumplowi B. Americo, który ma zamiar przenieść się tam na starość.

Turkusowo-złota Isla Mujeres (Meksyk)
Po drugiej stronie zatoki od betonowego Cancun znajduje się mała wyspa Isla Mujeres, a na niej przepiękna, biała wręcz plaża i chyba najbardziej turkusowa woda, jaką widzieliśmy. Jeśli nie przeszkadzają Ci amerykanie jeżdżący na wózkach golfowych, to jest potencjalnie Twój raj na ziemi.

Zruinowana plaża Tulum (Meksyk)
Co można zrobić, aby jeszcze uatrakcyjnić plażę półwyspu Jukatan? Może do złotego piasku i turkusowej wody dorzucimy jeszcze ruiny miasta Majów? Tak właśnie jest w Tulum, gdzie tuż nad brzegiem morza leży miasto zbudowane w XIV wieku przez Majów. To podobno był pierwszy widok, jaki ujrzeli Hiszpanie po dotarciu do terytorium obecnego Meksyku. Trudno im się dziwić, że zostali na dłużej…

Zalwiona plaża wyspy Espanola (Galapagos, Ekwador)
Czy jest coś, co może przebić śnieżnobiałe plaże Jukatanu? Chyba tylko plaża na wyspie Espanola, która oprócz pięknego złotego piasku posiada również całkiem pokaźne stado lwów morskich (czyli najfajniejszych zwierząt świata :D).

W tej niezwykle zaciętej kategorii, gdzie wszystkie plaże-kandydatki zasłużyły na wielkie uznanie, naszym zwycięzcą (o włos) zostaje... 

Las Cabanas na wyspie Palawan! 

Ponieważ nie sposób oddać jej uroku słowami – wklejamy link do posta gdzie znajdziecie pakiet zdjęć Las Cabanas.


niedziela, 21 października 2012

Złote Globy cz. 2


Pora na drugą część ceremonii rozdania Złotych Globów.  Dziś wręczamy nagrody w kategoriach które trudno wrzucić do jakiegoś konkretnego wora. Wrzucamy więc to co zostało do wora numer dwa :-)

Na początek coś żenującego czyli nagroda w kategorii NAJBARDZIEJ ŻENUJĄCY MOMENT W PODRÓŻY. Ponieważ mamy wysoki poziom empatii, to żenada nie musi być żenadą powodowaną przez nas samych. Nominowaliśmy w tej kategorii wszystko, co przyprawiło nas o to uczucie, kiedy spuściliśmy wzrok i wstydziliśmy się za kogoś.

Śpiewający pasażer w nocnym autobusie w Wietnamie
Godzina druga w nocy, trasa z Nha Trang do Hoi An, wszyscy śpią, oprócz jednego śmiałka, który swojej ukochanej śpiewa wietnamskie pieśni miłosne. Romantyczne do wyrzygania.

Dwa szczury w knajpie w Hue
Z rekomendacji Lonely Planet udaliśmy się do knajpki w formie domku z bambusa. Oprócz zupy o smaku męskiej toalety, naszą uwagę zwróciły dwa wielkie szczury biegające po podłodze. A co na to załoga? Uśmiech od ucha do ucha i ignorowanie szczurów. Brakowało tylko aby pojawił się kucharz, wskazał palcem na szczura i zawołał „kuciak”…

Wycieczka po Delcie Mekongu
Ponieważ B. wybrał się na oglądanie tuneli wojennych, jedynym świadkiem tego wydarzenia była M. Jednak dawka żenady była na tyle wysoka, że starczyło na naszą dwójkę. Dość powiedzieć, że podczas wycieczki reklamowanej jako wycieczka po delcie Mekongu na samej rzece M. spędziła szesnaście minut. A oprócz tego była pszczela farma, wytwórnia cukierków i oczywiście tańce i śpiewy ludowe. 

Druga seria przygód Jacka Bauera
Kiedy utknęliśmy w Puno z powodu choroby, czas zabijaliśmy oglądaniem seriali. Mało jednak brakło aby nie tylko czas został uśmiercony, gdyż serial „24” systematycznie próbował mordować nasze komórki mózgowe, a najskuteczniejszy był w drugiej serii. To było tak głupie, że aż śmieszne, ale jednak dość żenujące.

 „Vamos a la Playa” na wyspie Uros
Kiedy już nacieszyliśmy się przygodami Jacka Bauera w Puno, trzeba się było ruszyć i zobaczyć lokalne atrakcje. Trafiliśmy na wyspę Uros, gdzie zostaliśmy podjęci przez piękne panie w lokalnych strojach, które zabrały nas do swoich tradycyjnych domostw. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że wszystko było sztuczne i nastawione tylko i wyłącznie na sprzedaż asortymentu. A na koniec panie zaśpiewały nam „Vamos a la Playa” i pożegnały mówiąc „Hasta la Vista, baby!”. Dramat


Uwaga, uwaga! Najbardziej żenującym momentem naszej podróży była…

Wizyta na wyspie Uros!

I nie napiszemy o tym już ani jednego słowa :-)



Żeby dotrzeć do tych wszystkich żenujących oraz mniej żenujących miejsc potrzebowaliśmy środków lokomocji.  Który z nich został NAJBARDZIEJ NIEZAPOMNIANYM ŚRODKIEM LOKOMOCJI?

Pięcioosobowy Tuk-tuk w Bangkoku
Tuk-tuków zaliczyliśmy całą masę, ale już drugiego dnia udało nam się przejechać jednym całą naszą piątką. Biorąc pod uwagę, że był to tuk-tuk dla dwóch pasażerów, było całkiem wesoło ;-)

Trzęsący pick-up z nietoperzami w Laosie
Drogi w Laosie są jak drogi w Polsce, tylko troszkę inne. U nas, podczas nieustających remontów, gładki jest jeden pas, a drugi pokryty jest dziurami. W Laosie drogi również są w paski, ale poprzeczne – sto metrów dobrej drogi, sto metrów wertepów. I tak przez kilka godzin w pick-upie, w którym powinno zmieścić się osiem osób, a zmieściło kilkanaście, oczywiście część z nich w towarzystwie kur. A na każdym postoju okazja by zatankować nieco energii – pieczone nietoperze na patyku :-)

Old-schoolowa taksówka w Vinales
Starych samochodów na Kubie jest cała masa. Nam udało przejechać się kilkoma z nich, a jedną z najfajniejszych wycieczek odbyliśmy w taksówce w Vinales. Takich samochodów już się nie robi, a szkoda…

Piaskowy Buggy w Huacachinie
Tej przejażdżki długo nie zapomną nasze organy wewnętrzne, które obijały się o siebie przez pół godziny podczas zwariowanej jazdy piaskowym buggy. Nasz kierowca był prawdziwie szalony i co rusz aplikował nam „un pocito mas de adrenalina” :-)

Bezawaryjna Cessna w Nazca
Sam lot Cessną zapamiętamy bardziej ze względu na widoki, niż sam samolot, jednak nigdy wcześniej tak długo nie sprawdzaliśmy informacji o środku lokomocji, jak przed lotem w Nazca. Samoloty bowiem miały tendencję do pikowania i spadania z turystami na pokładzie. Podobno przepisy zostały zaostrzone, co zmniejszyło  ryzyko śmierci, jak i ilość firm dostępnych na rynku. Oczywiście malejąca podaż usług, przy niezmienionym popycie oznacza rosnącą cenę, więc za półgodzinny lot nad płaskowyżem zapłaciliśmy 90 dolarów. No ale przeżyliśmy ;-)


A najbardziej niezapomnianym środkiem lokomocji zostaje…

Trzęsący pick-up z nietoperzami w Laosie!

Było wszystko – dziurawa droga, ścisk, kury i nawet nietoperze. I wytrzęsło nas nie mniej niż na piaskowym buggy'm ;-) Unforgetable!





W podróży wykorzystywaliśmy również całą masę sprzętu podróżniczego. Zobaczmy więc co okazało się NAJBARDZIEJ NIEZBĘDNYM SPRZĘTEM PODRÓŻNYM. Oto nominacje:

Latarka nagłowna w wersji młody górnik
Kiedy B. dostał jedną od Dżaworów na urodziny pomyślał, że zgłupieli. Jednak szybko dokupiliśmy drugą, bo bez latarki ani rusz. Czy to książka w nocnym autobusie, czy wyprawa do jaskini, czy w końcu nagła potrzeba w miejscu gdzie akurat nie ma elektryczności ;-)

Przewodniki Lonely Planet na każdą okazję
Kolejny prezent, tym razem od przyjaciółki M. Oprócz trzech, które dostaliśmy, zakupiliśmy dwa dodatkowe. LP zaprowadziły nas wszędzie gdzie chcieliśmy, tylko czasami zaliczając wtopy w postaci knajpy z biegającymi szczurami. 

Moskitiera nagłowna
Kolejny prezent – od siostry B. Choć nie użyliśmy ani razu, to wielokrotnie posłużyła nam jako temat do opowieści na temat naszego sprzętu podróżniczego. Śmiechu było co niemiara ;-)

Blogodajny netbook Samsunga
Czy nam się przydał? Jest już 96 dowodów na to, że tak :-) Oprócz bloga pomagał nam w rezerwowaniu noclegów oraz oglądaniu przygód Jacka Bauera ;-)

Aparat nasz kochany Nikon D 5000
120 GB zdjęć i filmów. Z tego co słyszeliśmy, to całkiem niezłych :-) Po tym jak dzielnie się spisał, nasz Nikon zasługuje na prezent w postaci nowego obiektywu, który zapewne dostanie przed kolejnym wyjazdem. Aparat jednak nie zdobyłby nagrody, gdyby nie znakomita obsługa :-) Odpowiadając na Wasze pytania - większość zdjęć jest autorstwa M, część - w tym to obok, na którym widać Nikona :-) - zrobił B.


A najbardziej niezbędnym sprzętem podróżnym wybieramy…

Nikona D 5000!

Może laptop był bardziej wielofunkcyjny, ale jednak blog bez zdjęć by się nie obronił ;-) 



Po drodze udało nam się również zaliczyć kilka punktów programu, w których podskoczyło nam ciśnienie. W kategorii NAJBARDZIEJ EKSTREMALNY SPORT nominujemy…

Tubing w Vang Vieng ;-)
To sport bardzo ekstremalny, szczególnie jeśli chodzi o zawartość Mekong Whisky w drinkach. Trzygodzinny spływ łagodną rzeką na oponie z puszką piwa w ręku – uwaga, grozi śmiercią ;-)

Rafting na rzece Pacuare
Tu emocje już na poważnie. Znów na rzece, ale piwo musieliśmy zostawić na brzegu, bo przez pełne cztery godziny wiosłowaliśmy na komendę, żeby nie skończyć w odmętach rwącej rzeki Pacuare. Nie zawsze się udawało i M. raz wylądowała za burtą. 

Ziplining w Lesie Deszczowym
Trzydziestometrowy skok tarzana, zjazd na linie z sześćdziesięciometrowego drzewa, zjazd głową do przodu na kilometrowej linie nad stumetrowym wąwozem. Ekscytujące!

Nurkowanie przy Kicker’s Rock
Na 24 metrach, z kilkunastoma rekinami nad głową. Czekaliśmy na rekina młota, ale nie przypłynął. Za to M. postanowiła sprawdzić czy potrafi oddychać pod wodą bez tlenu i było dużo emocji.

Rowerowy zjazd Drogą Śmierci
Z czterech i pół tysiąca metrów nad poziomem morza na tysiąc dwieście. Najpierw wyprzedzanie ciężarówek na autostradzie, potem jazda najbardziej zabójczą drogą świata, która pochłonęła już tysiąc pięćset ofiar. I to momentami bez hamulców :-)


Za najbardziej ekstremalny sport, jaki mieliśmy okazję uprawiać, uznajemy…

Ziplining w Lesie Deszczowym!

To były prawdziwe emocje i mimo, że byliśmy przypięci do liny, wielokrotnie mieliśmy wrażenie, że to się może źle skończyć ;-)


niedziela, 14 października 2012

Złote Globy cz. 1


Ponieważ bardzo lubimy rozdawać nagrody – po wizycie na Galapagos rozdaliśmy Złote Lwy Morskie  – postanowiliśmy również podsumowanie całego wyjazdu zakończyć wręczeniem statuetek w kilku kategoriach. Tym razem najbardziej odpowiednie będzie wręczenie Złotych Globów :-)

Postanowiliśmy przyznać nagrody zarówno w kategoriach pozytywnych, jak i negatywnych. Ponieważ tych pozytywnych momentów było zdecydowanie więcej, kategorii negatywnych jest trzy razy mniej. Jak w przypadku wszystkich prestiżowych nagród przyznaliśmy również nominacje w każdej kategorii. Dziś pierwszy odcinek wręczania Złotych Globów, zaczynamy od nagród kulinarnych :-)


Nazwa pierwszej kategorii może nie będzie zbyt zwięzła, ale to, co zostało w tej kategorii nominowane trudno nazwać jedzeniem. Obrzydliwości nie jedliśmy zbyt dużo, ale te na które trafiliśmy, były zaiste dramatyczne. Nominowani w kategorii NAJBARDZIEJ OBRZYDLIWE COŚ, CO PODOBNO JEST DO JEDZENIA zostali…

Kuchnia birmańska za całokształt
Może w smaku nie było źle, czasami nawet było całkiem smacznie, ale konsekwencją kuchni birmańskiej były dwa tygodnie z permanentnym zatruciem pokarmowym. Jak widać na zdjęciu - zupełnie się tego nie spodziewaliśmy ;-)

Przez ostatni tydzień pobytu w Birmie jedliśmy tylko biały ryż z solą, kruche ciastka i banany, żeby uniknąć kolejnych zatruć. Po powrocie do Bangkoku rzuciliśmy się na kanapki w Subway’u…

Zupa z trupa o smaku męskiej toalety w Hue
Rzekomo zupa rybna, tak naprawdę pachniała męską toaletą a smakowała jak wymiociny. Dla dodatkowego efektu, po knajpie (z resztą polecanej przez Lonely Planet) biegały sobie wesoło dwa wypasione szczury. Fuj!

Bałuty na Filipinach
Nie jedliśmy. Nie odważyliśmy się. Bałuty to wpół rozwinięte ptasie płody zamknięte wciąż w jajku, lekko podgotowane, podawane z łyżeczką octu. Rzyg!

Świerszcze w posypce z chilli w Oaxace
Trzeba było spróbować. Na targu w Oaxace pani poczęstowała nas świerszczami w posypce z chilli. W zasadzie same świerszcze nie miały zbyt intensywnego smaku, bardziej czuć było chilli. Jednak małe robaki wchodziły między zęby i za to należy im się nominacja.

Mrożone odwodnione ziemniaki w Boliwii
Co oni sobie myśleli? To pytanie można zadać patrząc na czarne ziemniaki podawane w knajpach w Boliwii. Zamiast po prostu ziemniaka ugotować, Boliwijczycy lubią go najpierw odsączyć z wody, a następnie zamrozić. Smakuje jak… jak… jak mrożony odwodniony ziemniak. Dramat!


A zwycięzcą w kategorii najbardziej obrzydliwego obrzydlistwa, które ktoś zdecydował się kiedyś wrzucić do gara zostają… werble…

Mrożone odwodnione ziemniaki w Boliwii!

To jest naprawdę obrzydliwe. Gratulujemy!



W następnej kategorii nie będziemy oceniać smaku alkoholu, już pisaliśmy o tym, że bezkonkurencyjny w tej kategorii jest rum Havana Club. W kategorii najbardziej wyskokowego alkoholu nominacje przyznaliśmy za efekty, jakie przyniosło spożycie :-) W kategorii NAJBARDZIEJ WYSKOKOWY ALKOHOL nominowani zostali…

Hong Thong Whisky
Ten złocisty napój pozwolił nam znieść cierpienia związane z obserwowaniem nieudolnych poczynań zawodników Muai-Thai w Chiang Mai. Po drugiej kolejce walce zawodnicy przestali nam przeszkadzać ;-)

Mekong Whisky
Specjalność azjatycka, dostępna w Laosie i Kambodży. Tania, jak z resztą wszystko w Laosie i Kambodży, w smaku przypomina nieco farbę akrylową. Napędza imprezy w Vang Vieng, gdzie sprzedawana jest na wiaderka.

Harpoon Gin
Kambodżański Gin, który stał się głównym bohaterem (nie)zapomnianego wieczoru w Phnom Pehn. Zdrowie Tiny! ;-)

Rum Boracay
Filipińska odpowiedź na Malibu. Przepyszny napój i w dodatku niedrogi – ok. 8 zł za 0,7 litra. Znakomicie nadawał się na relaks po całodniowych emocjach związanych z nurkowaniem na wyspie Malapascua.

Brandy Emperador
Ze smakiem tego napoju zapoznali nas w Banaue Państwo Rajscy i Emperador towarzyszył polsko-polskiemu pojednaniu przy tarasach ryżowych. Towarzyszył również polsko-polskiemu pożegnaniu w Sabang, przy „Nie płacz Ewka” śpiewanym a cappella ;-)

Rum Havana Club
Napój najlepszy, a przez to – często stosowany :-) Trudno przebić Havana Club z colą w Casa de la Musica, szczególnie, że kosztuje na Kubie pięć razy mniej niż w Europie. Eh…

Dobra bo polska Żubrówka
Tego się nie spodziewaliśmy! W Kostaryce mieliśmy okazję wypić butelkę Żubrówki, dzięki uprzejmości naszego amerykańskiego towarzysza, który zakupił ją, słono przepłacając, w sklepie internetowym. I całkowicie spodziewanie – impreza napędzana Żubrówką była przednia :-)


Uwaga, uwaga! Nagrodę w kategorii najbardziej wyskokowy alkohol otrzymuje…

Mekong Whisky!

Nazwanie tego trunku „whisky” to jak nazwanie mrożonych odwodnionych ziemniaków z Boliwii jedzeniem. Ale jeśli nie o semantykę nam chodzi, a o to żeby kopało, to Mekong Whisky nie ma sobie równych! Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę stosunek jakości kopa do ceny. Mekong kosztuje w Laosie mniej niż Coca Cola (poniżej dolara za pół litra), stąd sprzedawana na wiadra whisky z colą zawiera dużo więcej Mekongu niż Coli. Ogień!



Poznaliśmy już najbardziej obrzydliwe jadło, pora na to, co smakowało nam najbardziej czyli nagrodę w kategorii NAJSMACZNIEJSZA POTRAWA. Nominowani zostali…

Pad Thai prosto z woka
Gotowy w trzy minuty (sami robiliśmy), składający się z mięsa, makaronu ryżowego, trzech sosów, jajka, warzyw i orzechów Pad Thai, to popisowe danie kuchni tajskiej. Dostępne na każdym rogu, sycące, tanie jak woda i przepyszne!

Smażone wontony w Hoi An
Mięsne pierożki smażone na głębokim tłuszczu, podawane z sosem ananasowo-pomidorowo-kolendrowym. Mmmmmmmmmmniam!

White rose w Hoi An
Kolejna pozycja w kuchni lokalnej Hoi An. Małe białe pierożki w posypce ze smażone cebuli. Niebo w gębie.

Tacos al Pastor od chłopa na rogu
Meksykańska odpowiedź na kebaba. Mięso wieprzowe z bala, krojone drobno, podane ze świeżym ananasem, kolendrą i sosem pomidorowo-cebulowym. Ostre i pyszne!

Homary Senory Miriam
Dostępne jedynie w Casa Rosa w Vinales, gdzie Senora Miriam dopieszcza swoje dania do perfekcji, a najwspanialszym z nich jest właśnie homar, podawany ze smażonymi batatami i miską owoców. Chcieliśmy tam zostać na zawsze!

Strzępiel (grouper) w sosie karaibskim 
Superdelikatna ryba serwowana ze słodko-ostrym sosem karaibskim. Wszystkie ryby w Puerto Viejo smakowały znakomicie, ale Grouper był z nich najlepszy.

Nieznana ryba z grilla na Galapagos
Nie wiemy co to było, ale smak zostanie z nami na długo. W niepozornej knajpce na wyspie San Cristobal znaleźliśmy prawdopodobnie najlepszą rybę na świecie. Serwują ją z ryżem i surówką, ale to nie ma znaczenia, bo za dziesięć dolarów dostaliśmy taką porcję ryby, że najedliśmy się nią bez dodatków.

Ceviche z surowej ryby w Paracas
Siekana surowa ryba z dużą ilością cebuli, polana sokiem z cytryny. Choć tylko dla prawdziwych miłośników ryb, to to danie zapamiętamy na bardzo długo.


A najlepszą potrawą naszej podróży zostaje…

Naprawdę trudno wybrać. Wiemy tylko że zgłodnieliśmy pisząc ten fragment posta i musimy coś zjeść, zanim podejmiemy decyzję…

Dobrze, jesteśmy już po obiedzie :-) Po burzliwych naradach zdecydowaliśmy się przyznać aż trzy równorzędne nagrody w tej kategorii! Zwycięzcami zostają:

Pad Thai, White Rose oraz Tacos al Pastor!

Co za przepyszna kategoria :-)



Wiemy, a w zasadzie nie wiemy co było naszą ulubioną potrawą. W kolejnej kategorii przyznamy nagrodę za całokształt. Nominowani w kategorii NAJLEPSZA KUCHNIA to…

Bogata kuchnia tajska
Oprócz sztandarowego dania Pad Thai, kuchnia tajska oferuje także pyszne zupy (Tom Yum – wow!), dania z ryżem (Kao Pad – niebo w gębie) czy zawijane sajgonki. Na dodatek multum świeżych owoców i soków owocowych.

Lokalna kuchnia Hoi-Ańska
Kuchnia całego Wietnamu jest bardzo dobra, ale to co znaleźliśmy w miejscowości Hoi An to po prostu bajka. Oprócz nominowanych dań (wontonów i white rose), kuchnia Hoi An proponuje jeszcze wyjątkowe sajgonki oraz zupę wontonową. A wszystko to podlane piwem po 20 centów za szklankę. 

Nieprawdziwa kuchnia teksykańsko-meksykańska
Z kuchni meksykańskiej najbardziej smakowało nam to, co nie było meksykańskie ;-) Z wyjątkiem typowo meksykańskich tacosów, w Meksyku najbardziej zajadaliśmy się fajitas, czyli cząstkami kurczaka w ostrym sosie, zawijanym w tortille.

Domowa kuchnia kubańska
Spodziewaliśmy się dramatu rodem z Birmy, tymczasem Kubańczycy uwiedli nasze podniebienia schabowymi oraz pysznymi daniami rybnymi. A najbardziej spektakularną pozycją był wspomniany wcześniej homar Senory Miriam. Na Kubie utyliśmy po ok. trzy kilo :-)

Słodko-ostra kuchnia karaibska
Nie wszystkie potrawy kuchni karaibskiej są znakomite, ale ryby i mięso w sosie karaibskim to istne niebo w gębie. Przez tydzień w Puerto Viejo de Talamanca zaszaleliśmy kulinarnie, co niestety odbiło się na naszych portfelach – ryby, choć powszechnie dostępne, są w Kostaryce dość drogie.


Tak jak w przypadku nagród indywidualnych nie mogliśmy się zdecydować, tak w przypadku całokształtu nasza decyzja jest prosta. Najlepszą kuchnią naszej podróży została…

Kuchnia tajska!

I między innymi dla niej chcemy jeszcze wrócić do Tajlandii!


W pierwszym odcinku Złotych Globów to wszystko. Zapraszamy na kolejne odcinki, już wkrótce :-)

sobota, 13 października 2012

A jak Ameryka


Miesiąc. Tyle potrzeba, aby ponownie zebrać się do napisania słów kilku na temat naszego zakończonego już wyjazdu. A zebrać się nie jest łatwo, bo tyle rozpraszaczy naokoło. A to telewizor, a to pralka, a to znowu uroki nicnierobienia :-) Jednak obowiązek obowiązkiem jest i podsumowanie jakieś czytelnikom się należy. No to lecimy z aaamerykańskim alfabetem.

A jak Andy

Andy czyli najdłuższe pasmo górskie świata leżące w Ameryce Południowej od Wenezueli aż po Ziemię Ognistą w Argentynie. W Ekwadorze mieliśmy okazję poznać kulturę andyjską w Otavalo,zaliczyć pięciogodzinny spacer z happy endem w okolicach Laguna Cuichocha, spróbować podjechać pod górkę w buggy’m i z górki na rowerach w Banos oraz podziwiać park narodowy Cajas w okolicach Cuenci. W Peru obejrzeliśmy najbardziej znaną, choć wcale nie wysoką górę – Machu Picchu, a w Boliwii zjechać andyjską drogą śmierci. Andy rządzą! :-)

B jak Blog

Powoli kończymy naszą blogową działalność, choć będzie jeszcze kilka wpisów podsumowujących, a kto wie może jeszcze kiedyś coś napiszemy, jak uda nam się pojechać w jakieś ciekawe miejsce. Blog pozwolił nam jednak pokazać Wam gdzie byliśmy i co widzieliśmy. Jest też świetną pamiątką z podróży. Dziękujemy za wszystkie komentarze i mamy nadzieję, że nie zanudziliśmy Was na śmierć ;-) 


C jak Cholita

Jeden z najbardziej charakterystycznych widoków jaki zapamiętamy z Ameryki Południowej to widok Cholity, czyli południowoamerykańskiej…  baby. Baby są wszędzie i obowiązkowo w kapeluszach. Wielowarstwowe spódnice pozwalają zachować ciepło w zimnym wysokogórskim klimacie i… umożliwiają oddanie moczu na ulicy bez konieczności rozbierania się…



D jak Drew

Osobny rozdział naszej dookoła ziemskiej opowieści to Drew, czyli nasz kolega, który dołączył do nas w Kostaryce. Nie widzieliśmy się pięć lat, ale nie zmienił się w ogóle. Dalej jest tym samym wyluzowanym Amerykaninem z Arizony, który nosi czapkę z daszkiem  i nie abla zbytnio po hiszpańsku ;-) I nadal kocha Żubrówkę, co udowodnił przywożąc ze sobą jedną butelkę, specjalnie zamówioną w sklepie internetowym. Z Drew było zupełnie inaczej. Zaliczyliśmy najbardziej ekstremalny tydzień naszej podróży, podczas którego wstawaliśmy o nieludzkich porach, aby przeżyć dni napakowane emocjami, wydarzeniami i obowiązkowym przemieszczeniem się w kolejne miejsce. Przeżyliśmy również najbardziej wyluzowany tydzień naszej podróży, podczas którego nie robiliśmy nic, oprócz jedzenia ryb i imprezowania w Puerto Viejo de Talamanca. To były niezapomniane dwa tygodnie :-)


E jak EURO 2012

Mimo tysięcy kilometrów odległości i różnicy czasowej sięgającej siedmiu godzin, obejrzeliśmy wszystkie mecze Polaków. Nie wszystkie w całości, bo mecz z Rosją wypadł akurat podczas naszego lotu z Belize City do San Jose, ale podczas przesiadki w Salwadorze zobaczyliśmy gola Kuby Błaszczykowskiego. W  Quepos gorączkowo szukaliśmy knajpy pokazującej mecz z Czechami, skończyło się na transmisji internetowej z bezcennym komentarzem Dariusza Szpakowskiego. Niestety przygoda polskiej drużyny na EURO skończyła się szybko i nie mieliśmy okazji częściej pochodzić z flagami na twarzy. A jest to zajęcie prospołeczne, bo w Belize na przykład, spiesząc na mecz otwarcia, spotkaliśmy rodaka i wspólnie odśpiewaliśmy „Polska! Biało-czerwoni!” ;-) 


F jak Friends

Choć po drodze spotkaliśmy wielu głośnych Anglików, jeszcze głośniejszych Amerykanów czy tandetnych Rosjan, to udało nam się poznać również wielu ciekawych ludzi. Do grona naszych ulubieńców należą zupełnie niestereotypowi Amerykanie – Dan i Ela poznani w Meksyku oraz Mark poznany podczas rejsu po Galapagos, spotkany na tej samej łódce wielonarodowościowy Luis, polsko-kanadyjska rodzina spotkana na Isabeli, wraz z niezapomnianymi Koreankami, Julian oraz Erik z Niemiec oraz Toni i James z RPA. 


G jak Guacamole

Wybierając Meksyk nastawialiśmy się przede wszystkim na naszą ukochaną kuchnię meksykańską. Jak się jednak okazało, najlepsze dania meksykańskie, jakie dotychczas jedliśmy, jedliśmy w Warszawie. Co więcej, nie były to nawet dania kuchni meksykańskiej! Burritos i fajitas to bowiem kuchnia Tex-Mex czyli amerykańska kuchnia inspirowana kuchnią Meksyku. Typowo meksykańskie dania są… no cóż… mdłe. Mole czyli sosy, które jedliśmy w lokalnym malutkich knajpkach, razem z miejscowymi, nie w lokalach dla Gringos, są… bez smaku. Legendarne mole poblano – fuj! Guacamole – bez smaku! Jedyne co naprawdę przypadło nam do gustu to Tacos al. Pastor, czyli meksykańska odpowiedź na kebaba. Nasze kulinarne doświadczenia w tej części świata byłyby więc nieudane…


H jak Homar
…gdyby nie Kuba! Tu spotkało nas zaskoczenie odwrotne niż w Meksyku. Po Kubie spodziewaliśmy się jedzenia w stylu birmańskim i ciągłych zatruć pokarmowych. Tymczasem już pierwszego dnia zjedliśmy wielkiego schabowego! Potem było jeszcze lepiej, a kulminacją kulinarnych doznań na Kubie było kolacje u Senory Miriam w Vinales. Tam zjedliśmy pierwszego w życiu homara i zakochaliśmy się w jego smaku!


I jak Inkowie

Zanim kontynent amerykański najechali Hiszpanie i wycięli w pień miejscową ludność, w tej części Ameryki Południowej, którą odwiedziliśmy kwitła kultura Inków. Najbardziej znaną konstrukcją  wzniesioną przez Inków jest Machu Picchu, ale inkowych budowli nie brakuje. Podobnie jak na terenie Meksyku nie brakuje budowli Majów, z których najbardziej znany jest kompleks Chitchen Itza. Nam najbardziej podobało się jednak w Tulum, gdzie majowe budowle zbudowane są tuż przy plaży. Majów również wycięli w pień Hiszpanie…


J jak Jajka

Przez siedem i pół miesiąca podróży, średnio pięć razy w tygodniu na śniadanie jedliśmy jajka pod różnymi postaciami. Jajecznicy (bez żadnych dodatków), omletów (bez żadnych dodatków) czy jajek sadzonych (również bez żadnych dodatków). W efekcie, choć minął już miesiąc od naszego powrotu do Polski, nadal nie zjedliśmy żadnego jajka ;-)


K jak Karaiby
Słońce, plaże z białym i sypkim jak mąka piaskiem, ciepłe morze z rafą koralową, pełen luz i muzyka reggae. To właśnie Karaiby. Jest tak, jak sobie wyobrażacie. Nie czekajcie, jedźcie :-) Na Morzu Karaibskim spotkać można również piratów. My spotkaliśmy ich w drodze z Meksyku na Ambergis Caye (jedną z belizyjskich wysp). Na środku zatoki do naszej łodzi podpłynęła motorówka, z pięcioma umięśnionymi czarnoskórymi mężczyznami w okularach przeciwsłonecznych, potarganych T-shirtach, trzymających różnego rodzaju karabiny maszynowe. Mężczyźni zatrzymali naszą łódź, weszli na pokład i rozpoczęli przeszukiwanie luku bagażowego. Spokojnie, to tylko belizyjska straż graniczna ;-)


L jak Las Deszczowy

Jednym z najciekawszych miejsc, w jakich byliśmy był kostarykański las deszczowy Monte Verde (http://dookolatejziemi.blogspot.com/2012/06/zielona-gora.html). Tam również spotkaliśmy najlepszego przewodnika w naszej podróży – Orlando. Orlando przez trzy godziny opowiadał nam o roślinach porastających górną warstwę lasu i tak się w swoją opowieść wkręcił, że zapomniał o ograniczeniach czasowych. W efekcie musieliśmy skorzystać ze skrótu dostępnego tylko dla przewodników, żeby zdążyć na autobus. A zdążyć musieliśmy – to był w końcu jeden z punktów programu w naszym zwariowanym kostarykańskim tygodniu.


M jak Muzyka

Oprócz karaibskiego reggae, niestety w większości sprowadzającego się do płyty „Legend” Boba Marleya puszczanej we wszystkich knajpach Belize i Kostaryki, mieliśmy okazję posłuchać naprawdę wyjątkowego grania. Na Kubie muzyka bowiem to druga religia. W hawańskiej Casa de la Musica mieliśmy okazję wziąć udział w sobotniej imprezie, na której ludzie w wieku od 20 (większość) do 60 (mniejszość, ale widoczna) lat tańczyli niczym w Tańcu z Gwiazdami przy rytmach salsy i reggetonu, granych przed dwudziestoosobowy zespół Manolo Simoneta wspieranego przez gitarzystę Stinga. Szok.


N jak Nikaragua

W Nikaragui nie byliśmy, podobnie jak w Hondurasie i Gwatemali. Choć państwa te początkowo znajdowały się na naszej trasie, postanowiliśmy je ominąć. Jak się okazało mieliśmy zbyt mało czasu, żeby zobaczyć wszystko. Dodatkowo początek pory mokrej groził podmyciem dróg, a środkowoamerykańskie miasta nie należą do najbardziej gościnnych… 


O jak Odległości

Co więcej, choć na mapie Ameryka Środkowa wydaje się malutka, to w rzeczywistości odległości między kolejnymi punktami naszej podróży były znaczące. W Meksyku autobusami przejechaliśmy prawie 3 tysiące kilometrów! W Ameryce Południowej odległości jeszcze większe. Samo Peru ma terytorium czterokrotnie większe od Polski, co zaowocowało dwiema szesnastogodzinnymi podróżami. Trzeba jednak przyznać, że autobusy i drogi w Ameryce Południowej są dużo lepsze niż w Azji, dlatego podróże te nie należały do bardzo uciążliwych. Oprócz transportu lądowego, możemy się także pochwalić, iż w całej podróży odbyliśmy 26 lotów i odwiedziliśmy przy tej okazji 28 lotnisk, z których zdecydowanie najgorzej przygotowanym do obsługi pasażerów, posiadającym niekompetentny personel jest lotnisko w Miami.


P jak Piasek

Piachu na kontynencie Amerykańskim mieliśmy pod dostatkiem. O plażach karaibskich, gdzie piasek niemal rozpływa się między palcami stóp i mimo słońca w pełni nie jest wcale gorący – można pisać pieśni. Nigdzie nie znaleźliśmy tak wspaniałych plaż, jak w maksykańskiej Playa del Carmen czy Isla Mujeres. Co prawda plaże Filipin są bardziej spektakularne, ze względu na otaczające je góry i większą ilość palm, to zdecydowanie najlepszy piasek znaleźliśmy w Meksyku.

Druga piaszczysta odsłona to peruwiańska pustynia, na której odkrywaliśmy uroki parku narodowego Paracas oraz daliśmy czadu w piaszczystym buggy’m. Nie ogarniamy tej kuwety ;-)


R jak Rum

Człowiek nie wielbłąd i musi czasem coś wypić ;-) Choć w Ameryce ograniczyliśmy spożycie do niezbędnego minimum, to udało nam się wypić co nieco. W Meksyku oczywiście spróbowaliśmy tequili (w zasadzie mezcalu, ale mniejsza o szczegóły) oraz cieniutkiego piwa Corona, w każdym państwie mieliśmy okazję spróbować lokalnych piw, ale zdecydowanie najlepszym napojem alkoholowym w tej części świata jest rum Havana Club, najczęściej podawany w postaci legendarnego drinka Cuba Libre (rum, cola, limonka). Trzyletni Havana Club w sklepie w Havanie kosztuje 5 dolarów za litr. Na lotnisku Luton w Anglii – już 35 funtów. Eh…


S jak Sentymenty

Oprócz cudownych widoków, wspaniałych odkryć i niesamowitych doznań, przez większość część amerykańskiej części naszej wyprawy towarzyszyło nam jeszcze coś. To coś to sentyment do kraju naszego pięknego, najwspanialszego Polską zwanego. Po sześciu miesiącach w drodze byliśmy gotowi zabić za bigos i dać się pokroić dla pierogów. Na szczęście już udało nam się zaspokoić nasze tęsknoty za polską kuchnią, a także nacieszyć rodziną i znajomymi :-)


T jak Turystyczna papka

W podróży było cudownie, ale miejscami bywało też strasznie, na szczęście nie w rozumieniu bezpieczeństwa, chyba że weźmiemy pod uwagę zdrowie psychiczne. Najgorzej było w Peru. Rozpoczęło się niewinnie, od przeludnionej wycieczki po Świętej Dolinie, podczas której przewodnik opowiadał nam o atrakcjach językiem angielskim prosto z „Misia” Barei, a zakończyło naprawdę żenująco – w Puno. Na jeziorze Titikaka wylądowaliśmy na wyspie Uros, gdzie czekała na nas orgia pamiątek turystycznych oraz panie w strojach „ludowych” śpiewające „Vamos a la Playa”. Aaaaaaaaaaa!


U jak UnBELIZEable
Przemysł turystyczny każdego z odwiedzonych przez nas krajów próbował skusić nas  na swoje wyroby. Sztandarowym produktem dostępnym wszędzie jest T-shirt, oczywiście z chwytliwym hasłem. Zakupiliśmy ich po drodze wiele, część z nich wytrzymywała dwa-trzy prania, część dowieźliśmy do Polski. Najlepszym hasłem na T-shircie ogłaszamy belizyjskie „unBELIZEable”, choć koszulki ze względu na ceny trzykrotnie wyższe niż w innych krajach – nie kupiliśmy :-)


V jak Volkswagen Garbus

Różne dziwne środki lokomocji były jednymi z ciekawszych elementów lokalnych kultur. W Meksyku bardzo popularne są stare Volkswageny, które wyjątkowo dobrze prezentują się na tle kolonialnych kamieniczek Puebli czy Oaxaci. 

Jednak nic nie przebije starych amerykańskich samochodów z lat 40-tych i 50-tych wciąż jeżdżących po ulicach Hawany i innych kubańskich miast. Mieliśmy okazje przejechać się tymi wehikułami, gdyż często jeżdżą one jako taksówki. Jednak nie jest prawdą, że są to pojazdy wykorzystywane jedynie przez taksówkarzy do wabienia turystów. Stare Cadilaci, Dodge czy Buicki w różnym stanie technicznym widywaliśmy wszędzie, a jeździli nimi zwykli ludzie. Co ciekawe, w Hawanie widzieliśmy też dwa małe Fiaty, czyli nasze dobre polskie Maluchy :-)


W jak Wulkany

Przed naszą podróżą nie mieliśmy okazji na żywo podziwiać wulkanu. Wulkany w większości niewiele różnią się od zwykłych gór, ale są wyjątki. Najbardziej spektakularnymi wulkanami jakie odwiedziliśmy po drodze był stożkowaty Arenal, który wygląda jak nasze wyobrażenie wulkanu oraz przepiękny wulkan w okolicach Otavalo, który obeszliśmy dookoła i nic już nie było takie samo :-)


X jak Xtremalne sporty

Podczas podróży odkryliśmy w sobie pociąg do sportów ekstremalnych. Jeszcze na Filipinach zrobiliśmy licencje na nurkowanie, którą ochoczo wykorzystaliśmy w Belize, Kostaryce i na Galapagos, poszukując kolejnych gatunków rekinów. Niestety nie udało nam się wypatrzyć rekina młota. 

Dodatkowo w towarzystwie Drew podnieśliśmy sobie poziom adrenaliny na raftingu, czy zjeżdżając na linach zawieszonych nad kanionem. 

W Peru zjeżdżaliśmy na deskach po piachu, nasze organy wewnętrzne doznały wstrząsu podczas przejażdżki piaskowym buggy, a na koniec wybraliśmy się na najniebezpieczniejszą drogą świata.


Y jak Yeti

Yeti co prawda nie widzieliśmy…


Z jak Zwierzyniec

…ale za to widzieliśmy setki, tysiące innych potworów… Zaczęło się w Meksyku od 84 iguan w Tulum oraz pływania z rekinami wielorybimi w okolicach Isla Holbox. W Kostaryce znaleźliśmy wspaniałe leniwce, poruszające się w iście żółwim tempie. Kulminacja naszych doznań rodem z Animal Planet nastąpiła na Galapagos, gdzie zobaczyliśmy tańczące albatrosy, drepczące głuptaki i setki innych stworów, z których najlepszymi kompanami do zabawy były lwy morskie. Naszą zwierzęcą kolekcję udało się skompletować w Boliwii, gdzie po siedmiu miesiącach poszukiwań znaleźliśmy w końcu kolonie flamingów.